Język angielski
Wasze opinie o MAM Ściąga z życia Dobre teksty Gazeta MAM Zaproś nas Występują u nas Ekipa MAM Współpraca i sponsoring

Dobre miejsce
Ekai - Patron medialny

mam ochote



Znani o miłości

Jak pięknieć w miłości?

Miłość łączy nas w pary i miłość sprawia, że razem wyruszamy w najdłuższą z dróg. Mówiąc sobie TAK nie wiemy, dokąd nas ono zaprowadzi. Wiemy tylko, że odtąd nie będzie to droga samotna. Jak w codzienności rozpalać miłość? Jak sprawić, aby mąż czuł się bardziej męski przy żonie, żona zaś stuprocentową kobietą przy mężu? Znane osoby pytamy, jak razem pięknieć. Bez względu na wiek.

Ewa Bem Ewa Bem

piosenkarka, jazzmenka



Jestem orędowniczką małżeńskiego stanu, klasycznej rodziny, która jak taka łódeczka po burzliwym morzu życia płynie.
Kluczem do szczęśliwego małżeństwa jest nie myśleć o swoim szczęściu tylko o uszczęśliwianiu drugiej osoby. To trudne, ale się opłaca. Chociaż przeszkód jest wiele. Na przykład kasa. Ciągły brak kasy może zrujnować związek. Moja babcia Felicja mówiła: Miłość to jest cieplarniany kwiat. Pielęgnowanie go wymaga nie tylko uczucia. Ja tutaj nie nawołuję, żeby się nie pobierać, jak się nie ma pieniędzy. Ale warto pamiętać, że to gniazdo wspólnymi siłami trzeba dopiero zbudować.
Mnie nie zawsze wystarczyło pokory i cierpliwości. Mam wybuchową naturę. Ale to są burze z krótkim deszczem. Mąż mnie już doskonale zna pod tym względem. Nie możemy sobie pozwolić na ciche dni, bo ciągle jest coś do zrobienia. Codziennie trzeba coś zbudować. Ale celem nadrzędnym zawsze jest rodzina.
Mój mąż jest stróżem naszego bezpieczeństwa. Nie jest wylewny, nie zasypuje kwiatami. We trzy, jak walczymy o niego, to każda musi sama swoje wywalczyć. Najlepiej radzi sobie najmłodsza, 9-letnia Gabrysia, która potrafi tak przewrócić gałami, że on sobie nie może krawata do pracy rano zawiązać. Nie wyobrażam sobie życia, gdyby miało go nie być.  Ja jestem orędowniczką małżeńskiego stanu, klasycznej rodziny, która jak taka łódeczka po burzliwym morzu życia płynie. Jak się dziurawi, to się ją łata, ale musi być. Może dlatego, że sama jestem z rozbitej rodziny.
Po kilkunastu latach wspólnego życia postanowiliśmy z mężem wziąć ślub kościelny.
Brakowało mi komunii świętej. Czułam się upokorzona, wykluczona.
Na szczęście mój pierwszy ślub był ślubem cywilnym. Ale jeszcze większe mieliśmy szczęście, spotykając księdza Mirosława Paciuszkiewicza. Zaczęło się od spowiedzi, w czasie której okazało się, że on jest duszpasterzem związków niesakramentalnych. Doprowadził do ołtarza kilkadziesiąt par. Niektóre z nich miały 40-letni staż życia na kartę rowerową. Odbyliśmy z nim kilka przejmujących, bardzo ludzkich rozmów przygotowujących do ślubu kościelnego. Uprzedził, że ceremoniał ślubny zawiera pytanie o to, czy nasze dzieci będziemy wychowywali w wierze. Miałam wtedy 44 lata. Po roku urodziła się Gabrysia. To było jak znak od Boga. Chociaż ja siedem miesięcy przeleżałam. Najpierw myślałam, że świat mi się zawali. Kończyłam płytę, a lekarz mi mówi: Rodzimy czy nagrywamy? To się położyłam. I miałam swoje siedem miesięcy cudownego żywota. Czytałam, cerowałam, haftowałam. To do 17. Później przenoszono mnie do pokoju telewizyjnego. Od 21 cisza nocna. Ale dom nie runął. Mąż sobie ze wszystkim poradził.
Czasami zżymam się na rzeczywistość, ale znajduję satysfakcję w tym codziennym mozole. Od 17. roku życia mam swoje życie zawodowe, trudno mi powiedzieć, jak to jest, gdy się ma tylko dom na głowie. Nie wiem, czy umiałabym zrezygnować z pracy. Czasami wydaje mi się, że tak. Im jestem starsza, tym częściej o tym myślę.
Wprawdzie jedna „ja” mówi, że tak być powinno, bo jestem kobietą i matką, ale druga „ja” się buntuje, bo przecież widzi, że we współczesnym świecie taki podział ról wcale nie jest oczywisty. Kobieta robi dużo więcej niż kiedyś. I choć mam raczej konserwatywne poglądy, to uważam, że to potworna niesprawiedliwość.

Małgorzata i Andrzej Blikle Małgorzata i Andrzej Blikle

MB - malarka i menedżer, AB - naukowiec i przedsiębiorca



Miłość polega nie na tym, żeby brać, ale żeby dawać. Staramy się dawać jak najwięcej i przyjmować z wdzięcznością to, co otrzymujemy. Ta gotowość do dawania powinna być obustronna. Gdy jej nie ma, lub gdy jest tylko jednostronna, tracą na tym oboje. Kobieta i mężczyzna mają różne oczekiwania, co do sposobów wyrażania przywiązania i miłości. Kobieta oczekuje przede wszystkim wyrazów odnoszących się do uczuć – „kocham cię” nigdy nie jest zbyt częste. Mężczyźnie potrzebne są wyrazy uznania dotyczące jego konkretnych poczynań – „tak wspaniale potrafisz się opiekować rodziną”. W sumie sprawa jest złożona i zależy od psychicznej konstrukcji małżonków. Miłość ewoluuje. Każdy wiek ma swoją skalę urody, a skala dotyczy nie tylko walorów ciała, ale też i ducha. W miarę upływu lat trzeba zmieniać skalę. Nasze standardy dotyczące obwodu w pasie, w biodrach i w bicepsach podlegają zmianom. To samo dzieje się ze standardami dotyczącymi doświadczenia, wyrozumiałości i współodczuwania. Gdy w wieku lat sześćdziesięciu posłużymy się skalą dwudziestolatków, to zawsze otrzymamy spaczony obraz. Możemy się czuć (niesłusznie) bardzo źle, ze względu na nasze biodra i bicepsy, lub (równie niesłusznie) bardzo dobrze ze względu na nasze doświadczenie duchowe. Pamiętajmy więc o zmianach skali, a całe życie będziemy mieć szanse być piękni. Niemniej o urodę tę duchową i tę cielesną w każdym wieku trzeba zadbać. W małżeństwie najpierw jest okres nie bez kozery zwany „ślepą miłością”, która idealizuje partnera, oczekując, że zawsze będzie się z nami we wszystkim zgadzał. Któż sprosta takiemu wyzwaniu? To możliwe wtedy, gdy jedna ze stron podporządkuje się drugiej. To jednak nie jest stosunek partnerski. Potem pojawia się więc etap „konfliktu wyobrażeń”. Przekonujemy się, że nasz partner nie do końca jest taki, jak byśmy oczekiwali. I wtedy pada: już mnie nie kochasz! I zaczyna się okres nauki współżycia i współodczuwania. To bardzo trudny czas. Jest znacznie łatwiej, gdy na drodze życiowej spotkamy mądrego nauczyciela. Może nim być nasz spowiednik, psychoterapeuta, przyjaciel. Powinien nam powiedzieć, że kluczem do współżycia jest współodczuwanie – umiejętność nie tylko rozumienia uczuć drugiej strony, ale także wyrażania własnych. Myśmy takiego człowieka spotkali. I to nie jednego.

wypowiedź dla „Dobrego Magazynu” [Prodoks] nr 3/2005

Anna i Andrzej Maruszeczko Anna i Andrzej Maruszeczko

dziennikarze



Wierzę w rozmowę. Tak jak wiele kobiet, a może i bardziej. Z wiekiem zresztą te rozmowy coraz lepiej mi wychodzą. Całkiem nieźle idzie mi identyfikowanie i nazywanie uczuć. W pracy dziennikarskiej poduczyam się też trochę psychologii. A to tworzy już niezły grunt do załatwiania trudnych spraw z mężem. On w przeciwieństwie do mnie nie przecenia rozmowy. Twierdzi, że czasem lepiej komunikować się bez słów. I nie chodzi mu o body language, tylko o czyn, o działanie. Ja jednak wiem swoje.

Nie znoszę pełnego złowrogiego napięcia bergmanowskiego milczenia w relacjach z ludźmi. To mnie wykańcza. Zwykle pierwsza zaczynam naprawiać to, co się popsuło między nami. Znam zasady dobrego postępowania w takich sytuacjach, co oczywiście nie oznacza, że zawsze się do nich stosuję. Po pierwsze, muszę odczekać aż miną złe emocje. One są efemeryczne, choć gdy nami targają, wydają sie wieczne. Można uciec, schować się na chwilę, przewietrzyć głowę na małym spacerze. Po drugie, chcę powrócić do sprawy w odpowiednim czasie i okolicznościach. Nie w locie, najlepiej na siedząco. Po trzecie, nie lubię oceniać, osądzać, tylko chcę opowiedzieć o tym, jak bardzo nas boli, to co nam się nie udaje. Po czwarte, trzeba powiedzieć, że bardzo zależy nam na tym, „żeby zgoda w domu była“ (cyt. z własnej babci). To jest trudne, ale działa.

Dostajemy nawet więcej niż dajemy. Czasem efekty przychodzą z poślizgiem, czasem znienacka. Ale jak wtedy cieszą! Mniej energochłonny sposób przywracania małżeńskiej harmonii, to przyrządzenie czegoś pysznego do jedzenia. W smakowitej potrawie idealnie manifestuje się siła dobrych intencji. W mniej skomplikowanych sytuacjach działa też przekierowanie uwagi z własnych na cudze problemy. Pary, które mają wielu przyjaciół albo duże rodziny i czują z nimi silną więź, szybko zapominają o niesnaskach między sobą, gdy trzeba wspólnie zadziałać w jakiejś rodzinnej spornej kwestii.

 

wysłuchała Monika Florek-Moskal

Andrzej Turski Andrzej Turski

Jak pracuję nad miłością w małżeństwie? Pracuję nad sobą, nad wyrabianiem w sobie wyrozumiałości i tolerancyjności. Jeśli druga strona, moja żona, również stara się być tolerancyjna, to spotykamy się w pół drogi. I muszę przyznać, że z tym naszym wzajemnym spotykaniem się jest coraz lepiej. W miarę jak człowiek buduje w sobie coraz większe pokłady cierpliwości i wyrozumiałości, coraz rzadziej dochodzi do zgrzytów.
Teraz z żoną się nie kłócimy. Najwyżej się przekomarzamy. Ja pół żartem, a może nawet całkiem żartem, wypominam jej wady. To wszystko.
Nie od początku jednak tak było. Jesteśmy małżeństwem 36 lat i dwa razy chcieliśmy się rozwieść. Mamy za sobą nawet dwie rozprawy pojednawcze. Kryzys pojawił się po 15 latach wspólnego życia, kiedy wydawało nam się, że już dalej nie uda nam się być razem. Mieliśmy siebie wtedy serdecznie dość. Potem okazało się, że można wypracować taki sposób porozumiewania się, żeby od nowa zacząć żyć ze sobą w harmonii. Pracowaliśmy jednak nad tym ciężko. Była to przede wszystkim pogłębiona refleksja nad swoim postępowaniem, analizowanie zachowania, próba zrozumienia drugiej strony, spojrzenia na daną sytuację z jej punktu widzenia. Do tego pogłębiona analiza motywów zachowania, przyczyn reakcji. Wzajemna rozmowa na ten temat. Wypracowanie takich relacji, jakie łączą nas obecnie zajęło nam około 20 lat. Czasem aż tyle czasu potrzeba, żeby nauczyć się ze sobą żyć.
Teraz wiem, że nie wolno się kierować emocjami. Pierwszy zryw gwałtownych uczuć trzeba stłamsić.
Pamiętam, że kiedy przyszedł termin rozprawy pojednawczej, już nie czułem w sobie złości na żonę, byłem spokojny, jakby powietrze ze mnie zeszło i nie miałem problemu, żeby na nowo zacząć życie w małżeństwie.
Te doświadczenia wiele mi uświadomiły. Pomogły mi lepiej poznać siebie. Teraz znacznie częściej niż dawniej udaje mi się zapanować nad emocjami. I bardzo się z tego cieszę.  

Dana i Krzysztof Ziemiec Dana i Krzysztof Ziemiec

DZ - makijażystka, KZ - dziennikarz radiowy i telewizyjny



Dawać sobie wolność i wzrost w związku to stale ze sobą rozmawiać. I ufać. I wierzyć, że jeśli JEJ się coś uda, to tak jakby się i mnie udało. Że jak komuś, z nas się coś uda, to uda się to NAM. O to aby pięknieć specjalnie nie zabiegamy. No, może poza stosowaniem kremu pod oczy (śmiech). Moja żona pięknieje, od kilku miesięcy będąc w ciąży... Mnie i tak dają mniej lat niż mam w dowodzie. Bardzo ważne jest dla nas to, że mamy dzieci: Mania (4 latka), Ola (1,5), pod koniec kwietnia dołączy Franio. Bez nich byłoby smutno i pusto. Najbardziej męski czuję się wtedy, kiedy siadam za kierownicą, a ze mną cała ta gromadka szczęśliwych ludzi. I jedziemy na przykład na działkę. Nad tym, jak bardzo męskim jestem mężczyzną, specjalnie się nie zastanawiam, może z braku czasu. Ale mocniej tę swoją męskość czuję zawsze wtedy, kiedy coś zaplanuję, a życie potwierdza, że miałem rację. Wtedy naprawdę dobrze czuję się jako mąż. I jeszcze wtedy, kiedy w domu wszystko jest OK. A, i wtedy, kiedy finansowo możemy sobie na wiele pozwolić. A że najczęściej nie możemy, bo jest nas dużo, nie jest mi z tym dobrze... To nie uskrzydla żadnego mężczyzny. Ale najważniejsze dla nas obojga jest to, żeby mieć dla siebie czas. Wtedy wystarczy drobny, najdrobniejszy nawet gest. Albo uśmiech małego bączka, który wynagradza każdy, nawet najtrudniejszy dzień.

 

wypowiedź dla „Dobrego Magazynu” [Prodoks] nr 3/2005

 


Dopisek  KRZYSZTOFA ZIEMCA z kwietnia 2007 roku

Franio ma już 2 lata. Jest 100% cudownym chłopcem, który ma bzika na punkcie motoryzacji! Ola ma już prawie 4, a Mania 6 i pół. Mania jest już prawie "kobietką", tzn. zwraca uwagę na sukienki, bluzki, chce mieć pomalowane paznokcie itp., więc musimy sporo jej tłumaczyć, żeby trafić do główki małej jednak istoty.

Ola - jest taką ukochaną córeczką - lubi domek, lubi być z rodzicami, lubi chodzić do kościółka (sama się dopomina!) ładnie bawi się z Franiem. A my? Cóż, nic się nie zmieniło, tylko lat przybywa... Im jestem starszy tym bardziej rozumiem, że być męskim to umieć zadbać o dom, o najbliższych i nie dać się zwieść podszeptom babilońskim. Na razie się udaje, choć sami wiemy, że to nie takie to proste!

 

Studio Promocji Relacje fijorr


piotrek

Mistrzowska Akademia Miłości, ul. Jana Husa 18a, lok. 503, 03-153 Warszawa, tel. 0 692 513-538; e-mail: mam@akademia24.pl
więcej »



Opracowanie PREKURSOR